Rozdział II

Bar Pełen Kufel
Leże w łóżku. Myślę. Czuje, że staję się inną osobą. Boję się. Ogarnia mnie strach choć jestem osobą odważną. Nowa szkoła, nowe wyzwania, nowe lęki, lęki przed  nieznanym. Nie mogłam wytrzymać. Zaczęłam kręcić się po domu już koło szóstej. Dobrze, że siostra ma lekki sen.
-Miałam dziwny sen.
-Opowiadaj-udałam zainteresowaną choć wiedziałam co powie.
-Śniło mi się, że do domu przyszła jakaś kobieta. Powiedziała, że jesteś czarownicą i że nie jesteśmy rodzeństwem. Prawa, że głupota?
- To nie był sen.
-Wyglądał realnie przyznaje, ale to nie może być prawdą- cisza, wpatrywałyśmy się w siebie tak ze dwie minuty.-Jak to w końcu było?
Opowiedziałam jej całą historię. Żadnej nutki fantazji. Każda scena wiązała się z jej snem. Dopiero po dłuższej rozmowie przekonałam ją, że nie kłamię. Wiedziałyśmy, że zostaniemy rozdzielone. Przyrzekałyśmy sobie, że nigdy nie stracimy kontaktu. Mam jej wysyłać wiadomość co u mnie w każdą niedzielę tylko tak by sąsiedzi się nie zorientowali. Tata jest rannym ptaszkiem. O siódmej gdy robił sobie Kawę rozbił kubek i obudził mamę. Razem z nią zrobiłam śniadanie.Jak w każdy weekend zjedliśmy je w piżamach. Wszystko było pięknie dopóki nie musiałam się ubrać.Zawsze mam z tym problem, chyba jak każda kobieta. W sukience nie pójdę, bo mam krzywe nogi. A poza tym nie lubię. Jeans'y trochę nie wypada. W końcu ten dzień ma odmienić całe życie. Po wielu próbach wybrałam jasno brązowe rurki do tego czarna obcisłą bluzka zwieńczeniem całości był biały żakiet. No i mały babski gadżet wisiorek. Siostra przechodziła małą depresję. Stwierdziła, że nie ma w co się ubrać. Bez wahania dałam jej czarną sukienkę do kolan i niebieski żakiet. Kropką nad i był wisiorek z myszką miki. Jak zawsze na rękach miałyśmy nasze bransoletki przyjaźni. Włosy upięłyśmy w ciasne koki.
Od samego rana bolał mnie brzuch. Z nerwów oczywiście. Miałam wrażenie, że siostra jest nawet bardziej ode mnie pod ekscytowana. Żadna z nas nie dawała po sobie tego poznać. Na miejsce jedzie się jakieś czterdzieści minut. Wyjechaliśmy jednak dużo wcześniej. Mama nawet mnie pośpieszała.  Poszukiwanie baru zaczęliśmy godzinke przed spotkaniem. Znaleźliśmy go w przeciągu 20 minut. Z zewnątrz nie wyglądał zbyt zachęcająco. Nad drzwiami, od których odchodziła farba, wisiał stary, zardzewiały szyld.Trzymał się tylko na jednym cienkim druciku. Pokazywał on kufel, z którego wylewała się jakaś czerwono-złota substancja. Po prostu brud, syf i ubóstwo jak powiada mój brat.Wyglądało to tak pewno po to by odstraszyć ciekawskich. Mieliśmy dylemat czy wejść. Nazwa ulicy i baru się zgadzała.Raz kozia śmierć. Uchyliłam delikatnie drzwi, bo bałam się że odpadną. Usłyszałam głos dzwoneczka. (Ten system jest stosowany w sklepach na wsiach.)Wszystkie oczy zwróciły się na nas. W środku było siedem stolików. Przy stole na lewo od drzwi siedziały dwie starsze panie. Ubrane były w długie potargane czarne płaszcze. Był też młody, przystojny pan rozmawiający z barmanem. Nie wiadomo dlaczego ludzie zaczęli intensywnie szeptać. Nie mogłam zrozumieć o czym rozmawiają. Według instukcji mieliśmy podejść do barmana. Już szliśmy, ja na czele, gdy drogę zagrodził nam starszy pan. Nie było go wcześniej na sali. Miał siwą brodę i szpiczastą zieloną czpkę. Wyglądał na miłego. Gorzej było gdy otworzył usta. Cuchło jakby nie mył zębów od kilku lat.
-Bardzo się cieszę, że mogę panią poznać. Nazywam się Luck Nogong.
Dlaczego mówi do mnie pani skoro jest starczy ode mnie o jakieś 45 lat? Skąd wie kim jetsem skoro widzimy się po raz pierwszy? Dlaczego mi uścisnął rękę a nie innej dziwczynie w okresie dojrzewania?- Też się cieszę, że mogę pana poznać. Nie jestem pewna skąd pan mnie zna. Widzieliśmy się może kiedyś?-wszystko na jesnym wydechu.
- Nazywasz się Eva Schmit.Twoi rodzice byli wyśmienitymi czarodziejami. Jesteś sławna w naszym świecie. Każdy zna twoje nazwisko. Napisałem nawet książkę o twojej rodzinie.
-Chętnie bym z panem dlużej podyskutowała, ale  jastem umówiona. 
-Naturalnie nie będę panience przeszkadzał.
Podeszliśmy do barmana, który nie miał zębów. Akurat czyścił kufle na piwo.
-Przepraszam pani Minerva McGonagall mówiła, że może mi pan pomóc.
-Na brodę Merlina Schmit u mnie w barze. Tak, tak niech pani idzie za mną...
Wyprowadził nas na piętro. Na ścianach były wymalowane drzewa genealogiczne największych rodów czarodziei. Dopatrzyłam się nazwisk takich jak: Black, Schmit i Wesley.Zostałam zaproszona do dużego, przestronnego pokoju. Miał białe ściany. Tom, tak się przedstawił, wskazał mi drzwi. Chwyciłam siosostre za rękę i poszłam...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

>